Uwaga: nie czytaj, jeśli jesteś na diecie!

Zawsze mi się marzyła. Naczytałem się – o mafii, korupcji, procesach i całym tym sycylijskim mroku… Ale jakoś w każdej z książek dla kontrastu było wiele o uroku miast, przyrody i folkloru. I obowiązkowo o jedzeniu.

A nas Sycylia przywitała blaskiem styczniowego słońca, oświetlającego Etnę doskonale widoczną z losowo przydzielonych miejsc w różowym samolocie. Z lotniska bezproblemowo udajemy się transportem publicznym do centrum Katanii, gdzie na pierwszy rzut oka życie toczy się dość spokojnie. My też niespiesznie się szwendamy, trafiając w końcu na targ. Żeby wrażenie było mocniejsze, wdepnęliśmy prosto w część rybną. Najgłośniejszą, najbardziej pachnącą i chaotyczną część całego targu. Jako zatwardziały wegetarianin w tej części poprzestaję na kupnie przepysznych oliwek, choć Ewka miałaby smak na to i owo.

Bazar jest, że tak powiem, kompleksowy 🙂 Dalej kupimy też lokalne sery, w tym słynną scamorzę gustownie oblaną woskiem, pyszne owoce i warzywa. Trafiliśmy też na aromatyczny stragan otoczony kłębami dymu, pod którym krył się porządny grill z fantastycznymi warzywami. Wybraliśmy karczocha – jednego, bo nie wiedzieliśmy, czy to będzie dobre, ani ile będzie kosztował. Okazało się, że za euracza dostaliśmy przepyszne, wypełnione oliwą z przyprawami warzywko, którego sami nigdy nie odważyliśmy się przyrządzić. Polecamy!

Nie da się ukryć, że była to podróż kulinarna, bo kolejnym przystankiem była kawiarnia serwująca canolo – rurki z ciasta przypominającego nasze faworki, wypełnione słodką ricottą i obsypane zielonymi pistacjami. Jak na tzw. maszket nie jest to tanie (2,70 – 3,50 EUR), ale w przeliczeniu na kalorie nawet się opłaca 😉 A jakie pyszne!

Żeby pojeść sobie jeszcze innych smakowitych rzeczy, udaliśmy się do Modiki. Jako że na południe od Syrakuz w niedziele i święta (a było Trzech Króli) nie jeżdżą pociągi, musieliśmy udać się tam autobusem. Na szczęście na Sycylii jeździ sporo autobusów typu PKS, na które nie trzeba rezerwować biletów, a jazda nimi jest dość ciekawa krajoznawczo i kulturowo. Bo kultura jazdy na Sycylii znana jest na całym świecie 🙂 Imponujące były zarówno prędkości, z jakimi kierowca pędził po krętych drogach, jak i luzy w zawieszeniu naszego autobusu, z którymi nawet słynni Cytryn i Gumiak nie wypuściliby klienta z warsztatu 😉 W każdym razie o opóźnienia najwyraźniej nie trzeba się martwić, skoro autokary są chyba najszybszymi pojazdami na sycylijskich szosach.

Zatem o zmierzchu znaleźliśmy się w Modice, która to słynie z manufaktur przyrządzających czekoladę w sposób nieskażony nowoczesną technologią. W sumie to poczuliśmy się niejako teleportowani do miasta, w którym wszystko jest bardzo stare, a jak jest nowsze, to i tak ledwo trzyma się kupy. Żadna ulica nie jest prosta i nigdzie nie jest płasko. Multum kościołów, w których zarysie nie ma żadnych prostych linii – urok baroku. A właściwie to zauroczenie. W sumie nic nie powinno być tu ani bardziej rozpieprzone, ani bardziej odpicowane – przynajmniej tak nam się wydaje, bo nam się po prostu podoba. I to bardzo.

Czekolada, owszem, niczego sobie. Pizza też spoko (nawet bardzo). Mało turystów. Bo tu już nawet Rick Steves nie dotarł. Mimo to, spotykamy akurat sympatyczne, dzieciate małżeństwo z Kalifornii i tylko jakieś azjatki, każące się wozić taksówką i robiące sobie selfie na tle obiektów „must see”, być może z jakiejś checklisty, a być może po prostu tam, gdzie zatrzyma się taryfiarz.

No i Włosi lub Sycylijczycy. Bo to, czy Sycylijczyk jest Włochem podlega raczej jego własnej ocenie, niż przyznanemu obywatelstwu. Przy czym zawsze trudno powiedzieć, czy widziani właśnie w pięknym miejscu eleganccy Włosi są turystami, czy po prostu tubylcami na codziennym lub coniedzielnym spacerze. W każdym razie kto był, ten wie, że ludność miejscowa adidasów nie nosi, podobie jak odzieży sportowej ani toreb tekstylnych.

Żeby tak nie jeść tylko głównie czekolady i canolo, jedziemy trochę wyżej – do Ragusy. Mieścina ta jest wstępem do Gór Iblyjskich, które może nie są wielce imponujące, za to na tyle wysokie, że porośnięte trawą. A trawę jedzą sobie różne mlekodajne istoty. Stąd podstawowa pizza w Ragusie nosi nazwę „norma” i jest na niej przyprawiony na słodko bakłażan, grzyby i wędzona scamorza (w dość dużej ilości), natomiast brak na niej sosu pomidorowego (co wprawiło nas w zaskoczenie). Oczywiście – pychota! Człowiek je pizzę przez całe życie, ale takie coś to pierwszy raz 🙂

Innym razem zaskakuje nas „spaghetti alla norma”, w którym było więcej ricotty niż makaronu. Złe nie było, ale proporcje bym zmienił 😉 Ragusa słynie też z potrawy o nazwie „arancini” – przypominających pomarańcze, panierowanych dużych kul z ryżu, wypełnionych w środku nadzieniem, domyślnie z mięsa mielonego. Ale we wersji hipsterskiej jest oczywiście również vege – co z kolei powoduje niekorzystny przelicznik ceny do kalorii. W każdym razie osoba o umiarkowanym apetycie, dla której cała jedna włoska pizza to za dużo, porcją arancini się nie naje – a zapłaci tyle samo, co za pizzę. Ale nie każdy potrafi w nieskończoność jeść pizzę (ja potrafię!).

Takimi to gastronomicznymi atrakcjami uraczyła nas Ragusa (+ oczywiście canolo 😉 ). I chyba łatwiej je opisać niż całą resztę, którą trzeba poczuć. A czuje się Ragusę przede wszystkim w nogach. Miasto stoi na dwóch naprawdę stromych wzgórzach. Nigdzie nie da się normalnie trafić – no dobrych 10 podejść do naszego mieszkania bezbłędnie trafiliśmy góra 2 razy. Podobno da się to miasto ogarnąć autem, bo dookoła wzgórz prowadzą normalne drogi, z których już raczej nie warto wjeżdżać do starej części miasta – prędzej dojdzie się pieszo i nie trzeba będzie co zakręt składać lusterek.

Jedną z najbardziej odjazdowych rzeczy, jakie tam spotkaliśmy, były schody prowadzące na wprost pod drogą, która serpentynami wspina się do Ragusy Superiore. Miasto wydaje się być wielopoziomowe. Na każdym poziomie co najmniej jeden kościół. Kościołów okazuje się o tej porze roku być jakby więcej niż turystów. No cóż, nawet Rick Steves tu nie był…

No tak, widzieliśmy dwie Ragusy – Iblę i Superiore, ale podobno jest jeszcze trzecia. Idziemy tam. Okazuje się, że ta trzecia, najnowsza część miasta, ma własną katedrę i główny plac. I na pewno wygląda wcale nie gorzej niż najstarsza część np. Pizy. Istna architektoniczna klęska urodzaju.

Po prostu nie chce się przestać po Ragusie chodzić. A chodzić można dookoła, w górę, w dół, schodami, mostami, po rozświetlonym deptaku lub ciemnymi zaułkami. I wszędzie jest super.

Ale na koniec niestety trzeba było pójść na dworzec – jakieś 3,5 km od Ragusy Ibli. Nowoczesny spalinowy skład podrzucił nas z powrotem do Modiki, gdzie mieliśmy przesiadkę na stary szynobus, który spokojnie mógłby grać u Kusturicy. Jedziemy i słyszymy, że maszynista… zmienia biegi! (standardowo w spalinowych lokomotywach od dawna stosuje się napęd hybrydowy z jednostopniową przekładnią, ale Włosi w okresie powojennej transformacji musieli sobie jakoś poradzić i wymyślili coś takiego: https://en.wikipedia.org/wiki/FS_Class_ALn_668 – przy jednoczłonowym pojeździe zmiana biegów nie przeszkadza, ponieważ nie ma żadnego sprzęgu, którego materiał podlegałby zmęczeniu przy częstych zmianach przełożeń. Zdziwieniu ulega natomiast pasażer 🙂 )

Baśniowy pojazd okazał się w pełni skuteczny i niezwykle widokową trasą dowiózł nas do Syrakuz. Miasto wita nas pochmurnie – w najlepszym wypadku pogoda będzie w kratkę. Chcemy jeszcze tego samego dnia wrócić do Katanii, więc odpuszczamy greckie ruiny gurujące nad miastem i idziemy na Ortigię, która – wedle przekazu internautów – żyje w miarę naturalnym życiem.

No cóż, szybko okazuje się, że tutaj już był Rick Steves i przyciągnął po sobie całkiem sporo turystów, nie tylko amerykańskich. Ale jest dobry targ, są wąskie uliczki i wiele kawiarni. Cały czas jest też bliskość morza, odczuwalna czy to poprzez miejskie przeciągi, czy przez szum roztrzaskujących się o mury miasta fal. Bardzo dobrze wygląda plac przed katedrą, która sama w sobie jest bardzo ciekawa. Wybudowana została na greckiej świątyni Ateny, w którą dziś nikt już nie wierzy, mimo że tak dobrze uchowały się prastare kolumny, które teraz są – dla całkowitej pewności – obstawione przez katolickich świętych. Ciekawe, czy te dwa yorki, należące do mieszkającego na Sycylii pana pochodzącego z Katowic [sic!], miały świadomość, w jakim miejscu urządzają sobie zabawy…

My tymczasem, świadomi, że zobaczyliśmy kawał historii, udaliśmy się do Katanii, skąd następnego dnia trzeba było wrócić na Śląsk. Trafiliśmy do tłumnie odwiedzanej trattorii z umiarkowanymi cenami, gdzie zjedliśmy przepyszną pastę alla norma (z bakłażanem) i zapiliśmy doskonałym, białym winem. Wydawało nam się, że okolice północy to dość późna pora na spacer po sycylijskim mieście, ale byliśmy w błędzie. Ba, wcale nie było mroczno! Oglądaliśmy dobrze podświetlone zabytki z epoki panowania Greków, których się w ignorancji swej nie spodziewaliśmy. Oglądaliśy też dobrze bawiących się Sycylijczyków i całkiem przyzwoity porządek panujący na ulicach. Wspomniane wino nieco utrudniło nam ocenę stylów innych zabytków, ale brzydkie nie były, więc taki spacer wypadałoby powtórzyć kiedyś w jasny dzień, co niechybnie nastąpi. Palermo wzywa!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *